PLANETE DOC REVIEW 2009 - OUR BRAND IS CRISIS
Po pierwszym dniu mojej obecności na tegorocznej odsłonie Planete Doc Review byłem pełen obaw. Monstrualna ilość seansów, wymuszająca stachanowską aktywność widzów, pędzących na kolejne projekcje z wiadrami popcornu, przysłoniła wspomnienie kameralnego przeglądu dokumentalnych perełek. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia - procentowo duża ilość dobrych produkcji obecnych na tegorocznej edycji festiwalu usatysfakcjonować mogła nawet najwybredniejszych malkontentów.
Po wnikliwej obserwacji okazało się także, że impreza nie utraciła swojej bezpretensjonalnej atmosfery - niestrudzony dyrektor festiwalu, Artur Liebhart, pracowicie zapowiadał kolejne filmy, racząc widzów zabawnymi przemyśleniami na ich temat. Najbardziej czytelną metaforą bezpretensjonalności festiwalu była improwizowana "ceremonia" wręczenia nagród, na której wystąpił dwuosobowy zespół francuskich wagabundów, zauważony przez Liebharta na schodach Pałacu Kultury w noc poprzedzającą rozdanie laurów.
Poprzednie edycje imprezy umieściły w powszechnym obiegu najwybitniejsze osiągnięcia światowego filmu dokumentalnego - wizjonerskie i spektakularne filmy Wernera Herzoga, przykuwające uwagę konceptualne kino Jorgena Letha, odkrywające magię prostoty produkcje Siergieja Dworcewoja. Odkryły także nowe dzieła, na stałe umieszczając je wśród "klasycznych" pozycji, obowiązkowych dla każdego miłośnika dokumentalnej odmiany X muzy w Polsce. Tytuły takie jak Murderball, Jesus Camp, Śmierć człowieka pracy, czy Most mówią same za siebie. Czy tegoroczna edycja festiwalu powiększyła listę dokumentalnych "lektur obowiązkowych" każdego szanującego się miłośnika kinematografii? Z pewnością tak.
NĘDZA ŚWIATA?
Jednym z silnych nurtów tegorocznego docreview były filmy poświęcone tematyce najpowszechniej obowiązującego obecnie dyskursu, poświęconego zagadnieniu KRYZYSU - czymkolwiek by on nie był. Obok solidnego bloku filmów, poświęconych szeroko pojętej tematyce "ekonomiczno-społecznej" zaistniał nurt znacznie bardziej przejmujący, eksplorujący, wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka, najniewinniejsze przejawy ludzkiej aktywności, lub jej braku. Spod tej cierpliwej obserwacji codzienności wyłaniał się jednak raz po raz dramatyczny portret absurdalności ludzkiego istnienia.
CHLEB NASZ POWSZEDNI?
Nad malownicze pole, wypełnione dojrzewającymi słonecznikami, nadlatuje samolot. W sielankę wdziera się brutalnie warkot silnika, pilot zrzuca swój ładunek chemicznego deszczu - to jedna ze scen poruszającego dokumentu Nikolausa Geyrhaltera "Chleb nasz powszedni", który pokazywany był w ramach retrospektywy młodego, ale już uznawanego za "klasyka", austriackiego reżysera.
Przytoczona powyżej scena dobrze wprowadza w nastrój, który w "Chlebie." buduje Geyrhalter. W banalną, "nieskażoną" codzienność wdziera się brutalna ingerencja człowieka- współczesnego władcy wszelkiego stworzenia.
"Nasz chleb powszedni" zaczyna się całkiem niewinnie - pracownik rzeźni zmywa krew zwierząt z betonowej podłogi chłodni. W miarę czasu Geyrhalter odkrywa jednak przed nami najciemniejsze tajemnice przemysłu spożywczego, pokazując całą bezwzględność machiny nastawionej na całkowitą kontrolę procesu "produkcji" - od momentu poczęcia aż po finalną rzeź zwierzęcia. Cały proces produkcyjny opiera się na całkowitej mechanizacji produkcji. Nawet człowiek jest tylko nędznym trybikiem w dobrze naoliwionym mechanizmie - jaką samoświadomość mogą mieć robotnicy, którzy przywdziani w "kosmiczne" skafandry i maski tlenowe zraszają niedojrzałe pomidory ładunkiem chemii, stymulującym ich powolny wzrost, a których widzimy następnie, jak beznamiętnie patrzą w kamerę, pochłaniając kanapkę podczas przerwy śniadaniowej. Raj dobrze ogrzanej szklarenki zmienia się w piekło, kiedy uzyskamy świadomość, z czego wynika bujność naszego "chleba powszedniego".
Jeszcze bardziej dramatyczny obraz ludzkiego okrucieństwa uświadamia nam austriacki reżyser pokazując proces hodowli zwierząt, w którym nic nie dzieje się "naturalnie". Począwszy od zapłodnienia, które odbywa się po pieczołowitej, laboratoryjnej obróbce materiału genetycznego; przez "poród", który jest niczym innym, jak wycięciem potomstwa z ciała matki, skazanej później na zagładę; aż po rzeczywistość "ostatniej drogi" zwierzęcia, często przeczuwającego swój nędzny los. Ludzka aktywność upodabnia się w ujęciu Geyrhaltera do działań przedstawicieli obcej cywilizacji, dokonujących eksperymentów na zajmujących niższą na drabinie ewolucji rasie.
Innym filmem, używającej skutecznie "spożywczej" metafory był prezentowany w konkursie głównym film "Kucharze historii" Petera Kerekesa.
6 wojen, 10 przepisów kulinarnych, 60 361 024 poległych - takie hasła reklamują w Internecie film Kerekesa. W jego interpretacji kuchnia staje się czynnikiem, który leży u podstaw prowadzenia nowoczesnych wojen. Z jednej strony każda ze stron konfliktu używa tych samych "przepisów", umożliwiających militarny sukces, ze strony drugiej dyplomatyczne nieporozumienia prowadzące do wojny odczytywalne są także na poziomie zróżnicowanej "nacjonalistycznie" kuchni poszczególnych narodów. Kerekes używa niebezpiecznego zabiegu formalnego - dramatyzm poruszanego tematu oswojony zostaje przez specyficzne, "hrabalowskie" poczucie humoru. Poczciwi, podstarzali "kucharze historii" uczą swoich widzów przyrządzać kolejne smakowite dania. Humor kulinarnych anegdotek przełamany zostaje jednak pojawiającymi się wskaźnikami proporcji składników poszczególnych dań - kogut w winie dla 500 000 francuskich żołnierzy, okupujących Algierię, paprykarz dla kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy serbskich - prezentowane jednostki miary uświadamiają ogrom wojennej machiny.
Każdy chleb smakuje tak samo - twierdzi babinka, dzięki blinom której radzieccy żołnierze mogli wygrać swoją "wojnę ojczyźnianą". Te same składniki tworzą jednak także specyfikę zróżnicowanych kuchni narodowych, na swój własny sposób waloryzujących poszczególne smaki. Ostatecznie liczy się przede wszystkim pojedynczy ludzki żołądek - wszak najedzony żołnierz o wiele skuteczniej wysadza w powietrze swoich przeciwników.
KOMPONENTY SAMOTNOŚCI
Czy depresja może być fotogeniczna? Twórcy fińskiego dokumentu "The living room of the nation" udowodnili, że jak najbardziej. W swoim "antropologicznym" filmie, kręconym nieruchomą kamerą, z bohaterami zajmującymi centralne miejsce kadru, zagłębili się w ciche piekło gnuśnej codzienności fińskich pokoi dziennych klasy średniej. Bohaterowie "Fińskiego pokoju" tkwią niezmiennie na swoich pozycjach - po co przejawiać dodatkową aktywność, jeśli jedyną osiągalną perspektywą jest zmiana modelu łóżka na nieco większe i droższe? Świat bohaterów fińskiego dokumentu ogranicza się do czterech ścian centralnego pomieszczenia domostwa - ograniczenie przestrzeni fizycznej radykalnie wpływa na ograniczenie horyzontów myślowych - film nie jest jednak bezlitosną wiwisekcją banału codziennego życia. Odpychający na pierwszy rzut oka bohaterowie objawiają swoją, o dziwo, fotogeniczność. Codzienne zmagania z niedogodnością ciasnoty, zarówno fizycznej, jak i mentalnej, ujawniają "człowieczy" rys marionetek, sterowanych niewidzialną ręką fińskiej tożsamości psychologicznej. Pozornie prosty pomysł formalny (ciąg długich ujęć z nieruchomej kamery) uświadamia odwieczne prawo, którym rządzi się kino dokumentalne - naczelny prymat "ciekawego" bohatera. Co najwartościowsze, twórcy "Fińskiego pokoju" udowodnili, że także "ludzki plankton" zasługuje na szacunek.
Jeszcze głębiej w strukturę samotności wniknął Peter Liechti - twórca nagrodzonego głównym konkursowym laurem filmu "Odgłosy robaków. Zapiski mumii". Film Liechtiego to bezlitosna wiwisekcja samobójstwa - szczególnego, bo przeprowadzonego poprzez zaniechanie przyjmowania pokarmów. "Odgłosy robaków" - wizualne i dźwiękowe świadectwo odejścia to dziwny eksperyment. Materiału klasycznie "dokumentalnego" w zasadzie tu niewiele - jedyny element przełamujący całkowitą kreacyjność artystycznej wizji samotnej śmierci to prasowe doniesienie, które legło u podstaw stworzenia powieści, która stała się kanwą dla filmu Liechtiego. Cała konstrukcja filmowego poematu o odchodzeniu opiera się na "podaniu" z offu zapisków samobójcy - dziennika, prowadzonego przez dwa miesiące ostatecznej próby. Cyklicznym nawrotom samobójczej narracji towarzyszą kontrapunktowe (w zasadzie dosyć banalne, bo opierające się na prezentacji typowego dla warsztatu pierwszorocznego polonisty zestawu toposów wanitalnych.) wizualne zapisy wizji, snów i niepokojów, wywoływanych w słabnącym organizmie przez otoczenie - odludny zakątek lasu. Jak mówił reżyser na spotkaniu po seansie, jego film to odwrócona historia narodzin, w której zanegowanie życia, staje się początkiem drogi do uzyskania większej świadomości indywidualnej. Co zadziwiające, w miarę upływu czasu spowiedź "mumii" staje się coraz bardziej klarowną egzegezą wypracowanego indywidualnie systemu filozoficznego. W miejsce zapisu najbanalniejszych zdarzeń dnia pojawia się coraz silniejsza samoświadomość, co nie przekreśla jednak zamierzonego celu.
Werdykt jury konkursu głównego był najodważniejszym, z jakim kiedykolwiek się spotkałem. Śmiały krok nagrodzenia tak eksperymentalnego filmu, który niektórzy mogliby uznać za przejaw artystycznej grafomanii, zaświadcza, że przestrzeń kina dokumentalnego jest jedną, co wydawać by się mogło paradoksem, z najbardziej nowatorskich płaszczyzn sztuk wizualnych. Przykład filmu Liechtiego pokazuje, jak daleko szeroko rozumiane kino dokumentalne odeszło od eksperymentów "dokumentu kreacyjnego" (na rodzimym gruncie najpowszechniej identyfikowanego z osiągnięciami Wojciecha Wiszniewskiego) czy też od etapu wizualnych symfonii spod znaku Godfreya Reggio. Swoją drogą sukces filmu Liechtiego (który obdarowałbym wszelkim przymiotnikiem poza jednym: "dokumentalny") bardzo silnie uwidacznia brak zapędów eksperymentatorskich na polskim gruncie kina "dokumentalnego". Jednym z nielicznych przypadków innego rozumienia komponentów tego medium jest twórczość Piotra Stasika, notabene jednego z jurorów konkursu głównego tegorocznego Planete Doc Review. Powtórzę - dla mnie decyzja jurorów była kontrowersyjna, aczkolwiek jestem bardziej skłonny przyznać rację przedstawicielom eksperymentalnego nurtu kina dokumentalnego niż Stefanowi Chwinowi w roli jurora jednego z konkursów nadchodzącego Krakowskiego Festiwalu Filmowego 2009.
CI SZALENI HUMANIŚCI.
Nie tylko dramatem stało tegoroczne Doc Review. Silnie zaznaczył się także nurt "afirmatywny", poszukujący drobin optymizmu w codzienności, naznaczonej demonizowanym powszechnie kryzysem. Jednym z piękniejszych filmów tegorocznego festiwalu był "Angielski lekarz" Geoffreya Smitha, opowiadający o niecodziennie altruistycznym neurochirurgu, wożącym medyczne zabawki dla zniedołężniałego, ukraińskiego sektora państwowej służby zdrowia. Dzielni medyczni wojownicy, przedstawieni w filmie Smitha dosłownie "wywiercają" przestrzeń cywilizacyjnego postępu przy pomocy zakupionej na ukraińskim jarmarku elektrycznej wiertarki Boscha - angielski dokument opiera się na trzymającej w napięciu, piętnastominutowej sekwencji operacji na otwartym mózgu miejscowo znieczulonego pacjenta.
Jeszcze Bardziej widowiskową, tym razem "antysystemową" działalność prowadzą bohaterowie filmu "YES-meni naprawiają świat". Ten "mockumentary-film" prezentuje dwójkę ekscentrycznym bohaterów, wysadzających napompowany balon globalizacji dywersyjnymi działaniami, prowadzonymi przy użyciu najnowocześniejszych narzędzi marketingowych. Notoryczne podszywanie się pod przedstawicieli wielkich koncernów, połączone z obietnicami polepszenia bytu pokrzywdzonych; produkcja i reklama absurdalnych kostiumów ratunkowych, przypominających stworzenia z kreskówek; czy wreszcie zachwalanie przed specjalistycznym gremium nowego, alternatywnego źródła pozyskiwania energii w postaci. ludzkiego mięsa - te wszystkie "ekscentryczne" działania ujawniają całą bezwzględność, a czasem nawet absurdalność panujących powszechnie mechanizmów działania wielkich korporacji. I choć nie da się zmienić świata podczas dziewięćdziesięciu minut trwania seansu filmowego, to chyba warto próbować.
Kolejną edycję Doc Review podobno rozpocząć ma premiera nowego filmu dokumentalnego Wernera Herzoga - jest na co czekać. I tylko jeden niesmak po edycji tegorocznej - nowatorska idea "weekendu z cyfrowym doc review" (synchroniczne pokazy festiwalowych filmów w dwudziestu dwóch miastach Polski) w Gdańsku spotkała się z zainteresowaniem delikatnie mówiąc umiarkowanym. Pokaz filmu "Królik po berlińsku" - jednego z najgłośniejszych wydarzeń minionego festiwalu - przyciągnął widzów w ilości dwunastu. Muru już nie ma, horyzont nieograniczony, ale gdzie zmierzać?
BARTEK FILIP